Próbuję odgrzebać z mroków niepamięci ten czerwiec 1997, kiedy szczęśliwy obroniłem drugą pracę magisterską i po 7 latach wzlotów i upadków … ukończyłem studia na krakowskiej japonistyce.

Nie zostały mi żadne zeszyty z tamtych czasów. Jedynie wpisy wykładowców w wypłowiałym indeksie i strzępy wspomnień. Na pewno nie myślałem wtedy, że kiedyś zostanę tłumaczem z japońskiego. Nie kończyłem specjalności translatorskiej, takiej zresztą z japońskim wtedy w kraju nie było. Owszem, przez 2 lata mieliśmy ćwiczenia z przekładu, ale jak to pewnie na wielu małych filologiach, były one prowadzone trochę od przypadku do przypadku: na każdy tydzień trzeba było przygotować tłumaczenie wybranego przez siebie (czy wskazanego przez prowadzącego – różnie bywało) fragmentu o długości przynajmniej 400 znaków. Z tych wszystkich tekstów w pamięci utkwiło mi jedynie zmaganie się z fragmentami opowiadania Kitchen Banany Yoshimoto – może ze względu na jedną z bohaterek będącą osobą trans. W końcu był dopiero rok 1995 …

Ale wcześniej, w 1994 odbyło się huczne otwarcie wtedy jeszcze Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha w Krakowie (później przemianowano na Muzeum). Z udziałem prezydenta L. Wałęsy, japońskiej pary książęcej księcia Takamado z małżonką i setek bardzo ważnych gości. Bowiem prócz daru, jaki ofiarował na budowę Centrum Andrzej Wajda, w Japonii przez kilka lat wiele osób było zaangażowanych w to dzieło, zbierając datki na budowę. Później przedstawiciele tych grup zostali zaproszeni na uroczystości otwarcia. Ponieważ dramatycznie brakowało wtedy tłumaczy – nie wiem, ilu mogło być tłumaczy konsekutywnych japońskiego wówczas w Polsce, ale z pewnością byli policzalni na palcach obu rąk – zdarzyło mi się również mieć swój skromny udział w tym wydarzeniu. Przez kilka dni tłumaczyłem dla 4 panów z JR東日本 (JR East Japan). Pierwszy konsek, pierwszy mega stres, no i wiadomo, jaki język ma się na III roku małej filologii …

Tak na poważnie zacząłem myśleć o pójściu w tłumaczenia … chyba po moim trzecim powrocie z Japonii, w 2003. Byłem na 2-miesięcznym stypendium z Japan Foundation, uwierzyłem językowo w siebie. Wróciwszy do kraju, zacząłem zgłaszać się do biur tłumaczeń, dostawać pierwsze zlecenia. Ale też wszystko wtedy wyglądało inaczej. Internet dopiero raczkował (sam przez długi czas biegałem do kafejek internetowych, na pierwsze łączę szarpnąłem się bodaj w 2004), przeglądarki również. Nie było social mediów (ktoś sobie potrafi wyobrazić świat bez FB, Twittera i Insta??), portalów dla tłumaczy, nie było gdzie się wymieniać wiedzą i z kim (no, w zakresie tak niszowych języków jak japoński … sytuacja dalej wygląda podobnie, ale to już inna opowieść, xD). Myślę, że tak ze 100 razy mniej można było znaleźć w internecie, niż obecnie. Z wieloma biurami tłumaczeń korespondencja odbywała się poprzez faks. Do dziś … śni mi się taki koszmar: klient coś zabałaganił, wiecznie zmieniał przy jakimś dużym zleceniu, mi się też termin obsunął 🙁 i pamiętam piszczący faks w mojej sypialni gdzieś przed północą generujący ostatnią poprawkę od klienta, którą trzeba było uwzględnić w przekładzie i jeszcze w nocy odesłać. Wiecie, jak to być początkującym. Pracuje się na opinię, łapie się wszystko, zaciera rozdział między życiem prywatnym a pracą, zarywa nocki. Wrr, horror. Ale pamiętam też … przekomiczne rozmowy z niejedną PM-ką z BT w stylu: JA “proszę pani, ten faks jest zamazany, nie rozróżniam znaków”, ONA “co mi pan opowiada? ja tu widzę jakiś szlaczek”. Kawaii 🙂 Wiadomo, jakiej jakości wtedy faksy były …

W grudniu 2004 zostałem zaprzysiężony w Sądzie Rejonowym w Krakowie na tłumacza przysięgłego. Miesiąc przed wejściem w życie nowej ustawy 🙂 I jako bodaj piąty, czy szósty tłumacz japońskiego w kraju (obecnie jest 18). To znacznie poszerzyło mi klientelę, a także zakres tematyki, choć … niejednokrotnie dostarczyło sporej dawki stresu. Zawsze powtarzam moim studentom, że uwierzytelnić można tłumaczenie dowolnego dokumentu, z dowolnej tematyki – wcale niekoniecznie to muszą być teksty prawnicze. Inaczej: tłumacz przysięgły teoretycznie powinien znać się na wszystkim. Bo nagle pośród setek prościutkich dokumentów może się zdarzyć … tłumaczenie dokumentacji technicznej do przetargu, czy patentu z chemii, odręcznie napisanego testamentu, albo … nawet tatuażu, który może być dowodem w sprawie rozwodowej (sic!). Wśród dziesiątków, czy setek “prostych” tłumaczeń konsekutywnych (choć czy w ogóle istnieją proste tłumaczenia ustne? nie wiem, mnie każde mocno stresuje), może się zdarzyć nagle … tłumaczenie odczytania aktu notarialnego sprzedaży nieruchomości na 15 stron, czy sporządzanie portretu pamięciowego sprawdy napadu. Najprostrze (a w każdym razie najprzyjemniejsze) są na pewno śluby (tak, przez te lata “pożeniłem” 12 par …), choć tu akurat należy dążyć do 100% perfekcji, bez jakichkolwiek potknięć.

Choć technika poszła bardzo do przodu i obecnie już prawie nie zdarzają się sytuacje, bym nie był w stanie odczytać japońskiego tekstu (jakość skanerów, aparatów w smartfonach robi swoje, poza tym co najmniej kilka z popularnych programów OCR radzi sobie już świetnie ze sczytywaniem znaków ze skanów), jednak bywają teksty, przed którymi nawet mnie, staremu wyjadaczowi zdarza się skapitulować. Tekst pisany pismem trawiastym. Inskrypcje na ceramice. Teksty pisane przed II wojną św., w kanbunie – ja wiem, że to japoński, ale … kancelaryjny japoński, zupełnie różny od języka mówionego. Bardzo trudno wtedy przekonać klienta, że ja tego nie czytam. Z ustnych … nie wiem, na pewno miałbym trudności w zrozumieniu osób mówiących jakimś odjechanym dialektem (jak 2 staruszki spod Niigaty kiedyś, ale one … na szczęście tylko były turystkami w Krakowie, nie musiałem im bardzo dużo tłumaczyć, jednak nie chciały używać 標準語 języka standardowego – może nie umiały?).

Ten wpis to dopiero pierwszy odcinek z serii “Jak doszedłem do tego, kim jestem teraz?” – myślę, że jeszcze przez kilka tygodni będę Was raczył opisami moich zmagań z tłumaczeniami. W następnym odcinku skupię się na tłumaczeniach ustnych, niekoniecznie uwierzytelnionych, by wreszcie dojść do symultanicznych. Zapraszam do czytania!

Dodaj komentarz