Minna no Nihongo
Glottodydaktyka,  Język

Minna no Nihongo – recenzja

Czas najwyższy zacząć pisać – jak już kiedyś obiecywałem – recenzje dostępnych na polskim rynku (czy używanych do nauczania japońskiego w naszym kraju) podręczników. Zaczynam od najgorszego w mojej opinii, czyli serii Minna no Nihongo (Japoński dla wszystkich).

Piszę teraz o drugim, poprawionym wydaniu z 2012 r. (do pierwszego wydania z 1998 chyba mało już kto sięga). Ale nawet to ostatnie wydanie, zaledwie sprzed 9 lat (jeśli chodzi o cykl powstawania dobrego podręcznika językowego, to przecież bardzo krótko) pozostawia mega wiele do życzenia.

Na początku chciałbym rozwiać pewien mit – Minna no Nihongo, poziom podstawowy nie jest podręcznikiem przygotowującym do międzynarodowego egzaminu z kompetencji japońskiego, JLPT (o samym egzaminie napiszę jeszcze kiedyś). Autorzy Minny … nawet się na ten temat nie zająknęli ani w przedmowie, ani nigdzie indziej. Są osoby, które twierdzą, że Minna zawiera całą gramatykę na N5. To jest dyskusyjne – w poprzednim modelu egzaminu JLPT, obowiązującym do 2010 rzeczywiście organizatorzy egzaminu podawali listy obowiązujących zagadnień i można było sobie sprawdzić. Może ktoś ma wiedzę na temat Minny właśnie z tamtego czasu. Po 2010 nie ma już oficjalnych list zagadnień na JLPT, można sobie tylko aproksymować (na podstawie tego, co pojawiło się w poprzednich latach) – i rzeczywiście robią tak autorzy wielu stron. Przeglądając te listy można stwierdzić, że faktycznie Minna zawiera większość z tamtych zagadnień. I to jest chyba jedyny plus Minny, że ma relatywnie dużo gramatyki. Ale twierdzenie, że z tego podręcznika przygotujesz się do JLPT jest … pewnym przekłamaniem.

A teraz o minusach, bo tych jest znacznie więcej.

Podręcznik jest akulturowy

Nie dowiesz się z niego prawie niczego o kulturze Japonii. Odwiedzają jakieś świątynie, bez nazw, spotykają się na jakichś dworcach (kto był w Japonii i widział, jak jest przeludniona w wielkich metropoliach, ten wie, że żaden Japończyk nie powie 駅で会いましょう。 Spotkajmy się na dworcu – bo w samym Tokio jest … 655 dworców / stacji metra i to zdanie jest śmieszne). W jednej z pierwszych lekcji umawiają się nawet, by zwiedzić Zamek w Osace (wow!), ale znowu: 大阪駅で会いましょう。(spotkajmy się na dworcu centralnym w Osace) – ha ha ha, gubiłem się na nim 2 lata temu, to jest ogromna infrastruktura, gdzie zbiegają się 3 systemy linii kolejowych. Nie da się spotkać na tym dworcu, można próbować przy którymś z kilkunastu wyjść.

Kiedyś poznałem Japończyka, który był nauczycielem w podstawówce. Wyśmiał jedną z lekcji w Minnie, gdzie przedstawiona jest … lekcja wychowania fizycznego. Że żaden japoński wuefista tak nie mówi. Jasne, każdy podręcznik, zwłaszcza na poziomie podstawowym musi uciekać się do uproszczeń, ale Minna jest tak skutecznie “wyprana” z jakichkolwiek elementów kultury Japonii, nazw własnych, że te dialogi równie dobrze mogłyby się dziać w Chinach, Rosji, Polsce, gdziekolwiek. W porównaniu do wydawanej zaledwie rok później serii Marugoto, gdzie już na poziomie Starter dowiadujemy się np. jakie słodycze są specjalnością jakiego regionu w Japonii, gdzie są największe atrakcje turystyczne, czy co jest trendy w Harajuku, to Minna … wydaje się podręcznikiem z epoki kamienia łupanego.

Poza tym, zawsze mnie bawi do łez japońska kreatywność w wymyślaniu infantylnych nazw uczelni, sklepów, sieci handlowych, szpitali, muzeów, itp. Nie potrafię zrozumieć, o co chodzi w tej niechęci do używania autentycznych nazw – rozumiem, że gdyby pojawiły się nazwy handlowe, byłoby to lokowanie produktu. Ale przecież uczelnie, muzea są dobrem publicznym, dlaczego ich nie wymieniać. W pierwszej lekcji Minny mamy prof. Watta z 桜大学 (Uniwersytetu Wiśni xDD). Co prawda, na Okinawie jest 名桜大学 (Uniwersytet Mei’ou – strasznie młodziutki, z 1994), ale wymyślenie Uniwersytetu Wiśni jest dla mnie podobną durnotą, jakby ktoś w jakimś podręczniku do polskiego wstawił w Poznaniu liceum im. poznańskiej pyry xD. Mdli mnie na te wszystkie Wiśniowe Uniwersytety, Zielone Szpitale i podobne potworki w podręcznikach do japońskiego. Dla porównania (a do Marugoto będę porównywał często) – na poziomie A2-2 (czyli ciągle tylko N4) w Marugoto … przeciągają studenta przez muzea Kioto, pokazują i rozmawiają o autentycznych dziełach sztuki, skarbach narodowych. Infantylizacja studenta to jest bardzo zły pomysł na podręcznik językowy, to nie chwyci.

Robi ze studentów idiotów (było już wyżej, prawda?)

Koncepcja stworzenia stałych bohaterów i zbudowania na ich przygodach całego podręcznika językowego jest z jednej strony ciekawa, z drugiej … niezwykle ograniczająca. Ci bohaterowie musieliby być absolutnie niebanalni, mieć coś w zanadrzu, coś w życiorysie, aby to chwyciło. Inaczej mamy … 2 kretynów wrzuconych do Japonii (Miller i Santos) i grę brzydkimi cliche i stereotypami obrazu gaijina. Różne, lepsze od Minny podręczniki rozwiązały to różnie – JBridge np. oparł rozmówki głównie na japońskich bohaterach (dzięki czemu autorzy mieli usprawiedliwienie do wrzucania od razu żywego, bardzo idiomatycznego języka; ale JBridge jest też najatrakcyjniejszy ze wszystkich mi znanych jeśli chodzi o story – mamy tam całe życie, miłość, zdradę, rywalizację w firmie). W Marugoto bohaterownie są różni, ale widzimy i czujemy od samego początku, że oni wrośli już w tamto środowisko, nie zachowują się jak słoń w składzie porcelany (albo jak … baka gaijin). Seria Bunka w ogóle nie oparła się na stałych bohaterach – co też ma swoje plusy, w każdej lekcji pojawiają się inne postaci, inne historie.

Ale nie chodzi tylko o stereotypizację bohaterów. Minna jest absolutnie nie do przyjęcia jako podręcznik komunikacyjny, ponieważ … czy to bohaterowie w rozmówkach, czy potem w ćwiczeniach pojawiają się sztampowe pytania, zupełnie nienaturalne, bez luki informacyjnej. Jeśli nie ma communication gap, czyli Ty czegoś nie wiesz, co ja wiem i dlatego mnie pytasz, tylko wszystko podane jest na tacy, to … nie ma komunikacji między ludźmi, bo po jakiego grzyba paszczę otwierać? Kto z dorosłych w ogóle pyta: それは何ですか。これは本です。Co to jest? To jest książka? Dziecko w przedszkolu już to wie. Natomiast jeśli w Marugoto w L1 studentka na ilustracji pyta: すみません、「教室」ってどういう意味ですか。 Przepraszam, co znaczy “kyoushitu” (klasa)? to jest to naturalne pytanie, które może paść w szkole japońskiego z ust osoby dorosłej. A nie: co to jest? to ołówek xDD. JBridge genialnie rozwiązał ten problem wprowadzania definicji ostensywnych (definicji ze wskazywaniem przedmiotów – czego w normalnym, dorosłym życiu … prawie nie robimy, ale trzeba się tego nauczyć w obcym języku) – zabiera w L3 studentów do リサイクルショップ (sklepu z używanymi rzeczami) i tam faktycznie nawet dorosły fan Japonii może znaleźć przedmioty, których przeznaczenia nie będzie znał. W Marugoto … zaimki wskazujące wprowadzają dopiero na sam koniec poziomu Starter w sytuacji robienia zakupów w Harajuku, bardzo naturalnej dla tej gramatyki sytuacji komunikacyjnej. Każdy pomysł cenny, byle tylko nie uczyć dorosłych ludzi wypowiadania zdań typu: co to jest? to jest kot.

I wreszcie tematy poruszane przez Millera i Santosa w Minnie. Mówią jak … roboty i budują przez swoje sztuczne interakcje w studentach japońskiego fałszywy obraz Japonki, Japończyka, że niby … można ich spytać o wszystko. To, że w Marugoto mamy przy jiko-shoukai (autoprezentacji): 年は秘密です。(mój wiek to tajemnica), czy w serii Bunka mamy … propozycję ze strony senpaiki do gaijina przejścia na ‘ty’, bo … nadmiar keigo jest niepotrzebny to jest kosmos jeśli chodzi o strategie komunikacyjne. W porównaniu do tępej Minny.

Minna jest zwyczajnie śmiertelnie nudna

No, proszę Państwa, w XXI wieku wydać podręcznik bez multimediów, jednokolorowy, bez zdjęć, bez hiperlinków do dodatkowych materiałów to … po prostu ŻAL. Otwórzcie sobie dowolny podręcznik na poziomie basic do któregokolwiek z 4 dużych języków, zobaczycie różnicę. Naprawdę, nie da się na poziomie podstawowym dać studentom choćby próbek autentycznych tekstów? Przecież można wykorzystać billboardy, fragmenty reklam, tablice świetlne na dworcach, bilety, fragmenty ulotek z muzeów, itp. Co mieli w głowach autorzy Minny, że cofnęli glottodydaktykę o 50 lat do tyłu tym podręcznikiem?

Do tego jeszcze ten dobór ćwiczeń – kompletny brak różnorodności, praktycznie tylko dryle językowe. Rozumiem, że powtórzenie 50 razy jak się tworzy np. stronę bierną wyrabia nawyki, ale gdy nie ma innych ćwiczeń, to taka nauka staje się bardzo ograniczająca dla kompetencji językowej studenta. Krótko, z ludźmi po Minnie naprawdę bardzo trudno cokolwiek zrobić, aby przestawić ich na żywy, ciekawy japoński – wiem to z własnego doświadczenia.

To może chociaż do gramatyki się nadaje?

Niestety, też nie bardzo. Minna ma relatywnie chyba najwięcej gramatyki ze wszystkich znanych mi serii, to fakt. Ale przy braku objaśnień nie nauczysz się jej sam, bez nauczyciela. Pod tym względem przoduje Genki, gdzie nie tylko cała gramatyka jest objaśniana po angielsku, ale jeszcze wielokrotnie pokazują, jak można coś wyrazić inaczej, jakie niuanse kryją się w takim, czy innym doborze formy.

Grzechem Minny jest, że uczy gramatyki … w izolacji. Gdy pojawia się jedno zagadnienie gramatyczne, konstruują do niego nienaturalnie wręcz proste zdania, aby tylko żadne inne zjawisko gramatyczne razem z przykładowo stroną bierną do takiego zdania nie wlazło. A przecież w żadnym języku tak nie mówimy. I kiedy student ma się nauczyć, na jakim poziomie tych wszystkich “kwiatków” typu: 弾けるようになる nauczyć się grać, 動かなくなっちゃった przestała chodzić (np. pralka), 悲しそうな顔をしてる posmutnieć na twarzy, 落ちそうになったら gdy o mało co nie spadłem. I wielu innych. Po kursie gramatyki a la Minna należałoby … zrobić studentom osobne ćwiczenia pokazując, jak się naprawdę tą gramatyką mówi.

To co robimy z Minną? Nadaje się do czegoś?

Moim zdaniem, do niczego, no może poza … roznieceniem z niego ogniska xD. Dla osób lubiących mechaniczne powtórki np. przed zdawaniem JLPT mógłby się jeszcze przydać. Jak ktoś chce sobie przypomnieć tworzenie jakieś formy gramatycznej, to może porobić dryle z Minny, jeśli lubi. Tyle. Dla mnie jest to przestarzały podręcznik, hołdujący metodyce nauczania, która od dziesiątek lat w wielu krajach (w tym w Polsce) nie jest już praktykowana. Nudny, akulturowy, stereotypizujący Japończyków i gaijinów.

Zapomniałem jeszcze dodać – Minna uczy przestarzałych form, np. じゃありません zamiast powszechnych już じゃないです。 O ranuki-kotoba (usuwaniu -ra- z form potencjalnych, np. 食べれるの? dasz radę to zjeść?), czy pomijaniu partykuł w kolokwialnej rozmowie nawet się nie zająknęli …

Dobra, nie płaczmy więcej nad Minną, to jest seria, która już dawno zasłużyła na … nagrobek. Niedługo kolejne recenzje lepszych podręczników.

Zobacz również moją recenzję serii Minna, którą zamieściłem rok temu na portalu lubimyczytac.pl.